Podróż może prowadzić przez odległe kontynenty, ale także w głąb własnych myśli i doświadczeń. Artykuł „Idzie Człowiek – literatura drogi między kontynentami a wnętrzem” przygląda się temu, jak literatura opowiada o przemieszczaniu się — zarówno przez realne przestrzenie, jak i przez wewnętrzny świat bohaterów. To spojrzenie na drogę jako doświadczenie, które zmienia perspektywę i pomaga lepiej zrozumieć siebie oraz innych.
- Podróż może zmieniać zarówno perspektywę na świat, jak i rozumienie siebie.
- Po udarze do wielkich wypraw warto wracać stopniowo, rozsądnie oceniając siły.
- Rejs po Morzu Śródziemnym łączył dawne wspomnienia z odkrywaniem nowych miejsc.
- Przyjaźń i gościnność sprawiają, że podróż trwa także po powrocie do domu.
- Opowieść o Jezusie w Himalajach pozostaje legendą bez potwierdzenia historycznego.
Po udarze podróż dookoła świata staje się sprawdzianem kondycji, cierpliwości i wiary we własne możliwości. Po operacji, 10 dniach w szpitalu i powrocie do domu z ograniczonym polem widzenia oraz problemami z lewą stopą nawet krótki spacer wymagał planowania. Mimo to bohater tej historii nie chciał rezygnować z samotnych podróży.
Wyprawę przygotowywał przez 2 lata, a mniej doświadczonych towarzyszy nie chciał zawieść ani narazić na straty. Najpierw sprawdził swoje siły w Warnie: bezpośredni lot z Gdańska trwał 2,5 godziny i kosztował 30 euro w jedną stronę, a autobus nr 409 dowoził do centrum za 1 euro. Ten wyjazd nie był zwykłym wypadem na plażę, lecz próbą samodzielnego poruszania się po nieznanym mieście.
Od krótkiego lotu do wielkiej wyprawy: podróżowanie bez pośpiechu
W Warnie podróżnik odwiedził centrum, zatłoczone plaże i mauzoleum króla Władysława Warneńczyka z 1935 roku. Do mauzoleum można dojechać autobusem nr 22, a wstęp do niewielkiego muzeum kosztuje 1 euro. Wcześniej, mając 80 lat, odbył 75-dniową wyprawę dookoła świata samolotami, statkami i transportem lądowym. Musiał wtedy radzić sobie z odwołanymi lotami oraz zmianami rejsu z powodu cyklonu; po udarze takie niespodzianki wymagają jeszcze większej ostrożności.
Do wielkich wypraw można wracać stopniowo: od krótkiego lotu, przez spacer, po dalszą trasę. Pomagają w tym przystępne połączenia, transport publiczny, internet i życzliwi ludzie. Warto też przygotować plan awaryjny i realnie ocenić swoje siły. Udar nie musi przekreślać marzeń, ale sukcesem jest również bezpieczny powrót i gotowość, by spróbować ponownie.
| Wątek | Miejsce / postacie | Dane i szczegóły |
|---|---|---|
| Rejs śródziemnomorski | Civitavecchia–Ateny | Maj 2026 · Costa Fortuna · 8 portów |
| Ślady wspomnień | Mesyna, Malta, Kreta, Stambuł, Mykonos | Pierwszy rejs: 1974 · powroty po latach |
| Przyjaźń i gościnność | Podróżnicy z Europy, Australii i USA | Servas · ponad 30 lat członkostwa |
| Jezus w Himalajach | Hemis, Ladakh · Mikołaj Notowicz | Podróż: 1887 · książka: 1894 |
| Legenda czy mistyfikacja? | Rzekomy manuskrypt o Issie | 14 rozdziałów · 2 o pobycie w Indiach |
Rejs po Morzu Śródziemnym śladami dawnych wspomnień

Morze Śródziemne najlepiej poznawać bez pośpiechu, odwiedzając porty pełne wspomnień. Po raz pierwszy płynąłem tymi wodami promem w 1974 roku; wiosną 2026 wróciłem na pokładzie „Costa Fortuny”. Z Rzymu dotarłem do Civitavecchii, skąd statek popłynął do Aten. Lubię starsze jednostki za eleganckie salony, dawne mapy i nieuchwytną atmosferę.
W Mesynie ponownie odwiedziłem katedrę i obejrzałem ruchome figury na dzwonnicy. Z pokładu fotografowałem dymiące Wyspy Liparyjskie, które poznałem w 2020 roku, podróżując między nimi publicznymi promami. Na Malcie spacerowałem po La Valletcie wśród murów obronnych i stromych uliczek, a w ogrodzie Barrakka podziwiałem kwiaty. W Heraklionie zobaczyłem wenecki fort Koulis i XVII-wieczną Fontannę Lwów. Znane miejsca odkrywałem na nowo, a nieznane zachęcały do kolejnych wypraw.
Podczas rejsu odwiedziłem miejsca, które zapamiętałem z różnych powodów:
- Mesynę z katedrą i ruchomymi figurami na dzwonnicy;
- La Vallettę z murami obronnymi, stromymi uliczkami i ogrodem Barrakka;
- Heraklion z weneckim fortem Koulis i Fontanną Lwów;
- Volos z nadmorskim bulwarem i posągiem Jazona.
Podróż morska pozwala wracać do miejsc, które nosimy w pamięci, i odkrywać porty, o których wcześniej nie wiedzieliśmy. Każdy przystanek może stać się początkiem nowej historii.
Wspomnienia wracają, a nieznany port potrafi zaskoczyć
W Atenach przeszedłem z Monastiraki obok Biblioteki Hadriana i Rzymskiej Agory na Akropol, po czym zatrzymałem się na Aeropagu, skąd bezpłatnie można podziwiać Partenon. Pamiętałem te schody z 1974 roku; dziś tłoczą się na nich turyści. Na Mykonos dawne spotkania z pelikanami i muzykę tawern zastąpiły czyste uliczki, drogie sklepiki oraz kwitnące bugenwille. Na Santorini statek zakotwiczył w zalanej wodą kalderze. Do białego miasteczka wspiąłem się stromą, zygzakowatą ścieżką, mijając kolejne stopnie aż do numeru 588. Widok z góry wynagrodził trud.
Volos zaskoczyło mnie najbardziej, bo wcześniej nie znałem tego portu. Przeszedłem kilometr do centrum, a następnie ruszyłem nadmorskim bulwarem, przy którym stoi posąg Jazona, przywódcy Argonautów szukających Złotego Runa. Zapamiętałem też ludzi: włoskiego kapitana Gianbautistę, pasażerów poznanych przy wspólnym stole i życzliwe rozmowy na pokładzie. Chętnie wracam do znanych miejsc, a zarazem szukam nowych odkryć. Po nocnym rejsie do Pireusu pożegnałem „Costa Fortunę” i poleciałem z Aten do Gdańska, zabierając sól morską, zdjęcia i nowe historie.
Przyjaźń i gościnność łączące podróżników z różnych kontynentów

Podróżnicy poznają się przypadkiem: na statku, górskim szlaku czy w małej kawiarni. Wspólna droga szybko przełamuje dystans — wystarczy mapa, kilka zdjęć i opowieść o Australii, Kalifornii lub Norwegii. Tak zaczynają się znajomości, które trwają latami i pokonują tysiące kilometrów.
Po powrocie podróż trwa dalej: gość poznaje uliczki Gdańska, próbuje warzyw z ogrodu i zasiada do wspólnego obiadu. Podczas kolejnej wizyty gospodarz może liczyć na równie serdeczne przyjęcie. Międzynarodowe sieci, takie jak Servas, od ponad 30 lat pomagają podróżnym znaleźć nocleg i nawiązać bezpośredni kontakt z mieszkańcami. Cenię te spotkania, bo od lat wierzę, że życzliwość najlepiej poznaje się przy wspólnym stole.
Podróż nie kończy się na dotarciu do celu. Czasem jej najpiękniejszą częścią jest dom, w którym ktoś wita nas jak przyjaciela.
Jeden serdeczny gest wystarczy, by poczuć się jak w domu
Przyjaźń może zacząć się na morzu: podczas rejsu przez Pacyfik poznajesz parę z Gold Coast koło Brisbane, a kilka miesięcy później oprowadzasz ją po polskim starym mieście. Z kolei spotkanie z podróżnikiem z Florydy może zainspirować wspólną wyprawę przez ocean, choć pandemią przerwała pierwsze przygotowania. Liczą się też drobne przysługi: podwiezienie do centrum, wskazanie autobusu, pomoc w znalezieniu wyjścia na dworcu czy pytanie, czy wszystko w porządku.
Na siedmiu kontynentach ludzie mówią różnymi językami, jedzą inne potrawy i obchodzą święta na własne sposoby, ale wszędzie doceniają serdeczność. Jedni częstują owocami z ogrodu, inni lodami przy porcie lub herbatą po długiej wędrówce. Czasem wystarczą uśmiech i kilka wspólnych godzin, by poczuć się jak wśród swoich. Najcenniejsza mapa podróży składa się więc nie z granic i portów, lecz z domów, których mieszkańcy otworzyli drzwi.
Jezus w Himalajach: między legendą, historią a literacką mistyfikacją
Legenda o młodości Jezusa w Indiach i Himalajach zyskała rozgłos pod koniec XIX wieku, gdy Europejczycy zainteresowali się religiami Wschodu. Spopularyzował ją rosyjski dziennikarz Mikołaj Notowicz w książce „Nieznane życie Jezusa Chrystusa” z 1894 roku. Opisał w niej rzekomy buddyjski manuskrypt, który miał odkryć w klasztorze Hemis w Ladakhu. Według tekstu Jezus, zwany Issą, przez sześć lat uczył się w świętych miastach Indii, sprzeciwiał się systemowi kastowemu, a następnie studiował w klasztorach tybetańskich.
Notowicz utrzymywał, że o zapiskach opowiedzieli mu mnisi, a manuskrypt zobaczył podczas rekonwalescencji po upadku z konia. Relacja szybko obiegła Europę: jedni uznali ją za sensacyjne odkrycie, inni — za zmyślenie. Wątpliwości budziły okoliczności rzekomego odkrycia i brak niezależnego potwierdzenia. Brytyjski profesor, który pojechał do Hemis, usłyszał od przełożonego, że mnisi nie znają ani manuskryptu o Jezusie, ani historii leczenia Europejczyka po upadku z konia.
Oto najważniejsze elementy legendy o Issie i powody, dla których jej wiarygodność jest kwestionowana:
- Notowicz twierdził, że Jezus przez sześć lat uczył się w Indiach, a później studiował w klasztorach tybetańskich.
- Według relacji źródłem opowieści miał być buddyjski manuskrypt przechowywany w klasztorze Hemis.
- Mnisi, z którymi rozmawiał brytyjski profesor, zaprzeczyli, że znają taki manuskrypt lub historię jego odkrycia.
- Legenda może odzwierciedlać XIX-wieczne zainteresowanie religiami Wschodu i rywalizację mocarstw w Azji.
Legendy często mówią tyle samo o czasach, w których powstały, co o bohaterach, którym przypisują niezwykłe czyny. Opowieść o Issie pokazuje, jak silnie może działać spotkanie odległych kultur i ludzkiej wyobraźni.
Opowieść o Issie, która od ponad wieku rozpala wyobraźnię
Legendę warto umieścić w kontekście „Wielkiej Gry” — rywalizacji mocarstw w Azji — oraz rosnącego zainteresowania hinduizmem, buddyzmem i ezoteryką. Notowicz znał wpływowe osoby, a jego pobyt w regionie odnotował między innymi podróżnik Francis Younghusband. Nie potwierdza to jednak historii o Jezusie. W książce Issa głosi radykalny monoteizm i równość ludzi, a zarazem odrzuca idee trudne do pogodzenia z buddyzmem, który miał przekazać jego nauki. Dlatego Himalaje mogą pełnić funkcję literackiej scenerii, a nie świadczyć o rzeczywistej podróży. Skoro już dotykamy tego tematu, przeczytaj modlitwę o bezpieczną podróż.
W 2012 roku autor jednego z przywołanych reportaży odwiedził klasztor Hemis, położony wśród gór Ladakhu nad doliną Indusu. Zobaczył tam mnichów, dziedzińce, kaplice i bogatą tybetańską ikonografię, lecz rozmowy z zakonnikami nie potwierdziły legendy. Historia pozostaje fascynującym splotem podróży, religijnych wyobrażeń i literackiej mistyfikacji. Jezus w Himalajach to zatem nie ustalony fakt historyczny, lecz zagadka zrodzona z książki, która od ponad stu lat pobudza ciekawość.
Ciekawostka: w opowieści Notowicza Jezus występuje pod imieniem Issa — formą kojarzoną z arabskim imieniem Jezusa, co mogło uwiarygodnić legendę o jego wędrówce między kulturami.
Źródła:
- https://www.kontynenty.net/s3news.htm
- https://www.onet.pl/turystyka/kontynenty/jezus-w-himalajach-legenda-na-pozolklych-kartach-ksiazek/c09pz17,30bc1058













